Kiedy człowiek ma już totalnie dość to pęka w nim jakaś bariera. Wtedy wylewa się tama emocji. Szkoda tylko, że są te emocje zazwyczaj negatywne. Tak więc ja już nie wytrzymałam i coś się we mnie przełamało. Coś dziwnego dzieje się poza mną. Nie mogę dojść do większego porozumienia z klasą, głównie z powodu różnic poglądów i priorytetów. Czasami po prostu opadam z sił, nie tylko fizycznych. Presja jaką wywiera ‘elytarna’ opinia o tym szarym budynku zwanym szkołą staje się nie do zniesienia. Wracam do domu, padam na pysk. Zabieram się do zadań, nauki, próbuję spotkać się z ważnymi dla mnie ludźmi. I dzień się kończy. Szkoda tylko, że nie widzę w tym jakieś większej radości ani sensu. Budząc się zrobiłabym wszystko, żeby tylko nie musieć tam iść. Zero radości z tego co robię. A przecież to ta ‘wymarzona’! Chyba coś tu nie gra? Ktoś tu nie pasuje i obawiam się, że tym kimś mam szczęście być ja. Nie mam pojęcia co się dzieje, ale dobija mnie szarość dni. Nie pamiętam dnia, kiedy uśmiechałam się ot tak szczerze i po prostu. Każdy śmiech, namiastka radości jest nieszczera i wymuszona. Czy na tym świecie dzieje się wogóle coś dobrego?! Czy takie są objawy jesiennej depresji? I dlaczemu czasem tak drobne i nieistotne smutki przysłaniają piękno życia?
To jest moja marudernia. Świetne miejsce, żeby ponarzekać na wszystko.
Więc popłyńmy wszyscy razem, dajmy nieść się wielkiej fali.
Niech nam serca równi biją, szarość dni zostawmy w dali.
Chodźmy tam, gdzie świeci słońce, gdzie rozbrzmiewa serc muzyka.
Chodźmy tam, gdzie nie ma końca, tam gdzie zło
I zawiść znika, zawiść znika.